Myśl na dziś
« kwiecień 2010  
MoTuWeThFrSaSu
1
3
4
7
9
12
14
15
22
23
24
25
28
29
30

Dziecko Boże

nie boi się  ani życia,

ani śmierci,

gdyż fundamentem

jego życia duchowego

jest poczucie synostwa Bożego. ...

Lecz czy ty i ja postępujemy

naprawdę jak dzieci Boże?

visit counter for blogspot

Klucz do trumny

Jak to nie warto się do niczego przywiązywać! A konkretnie mówię tu o swojej komórce. O telefonie komórkowym. Czyli komóreczce, komóreńce, komórusi. Nie nie, nie wymienię marki, bo nie chodzi o reklamę wytwórcy, ale o sam aparacik.

Jest jak w sam raz dla mnie. Bez nadmiernych bajerów, prosta w obsłudze, z dyktafonem, radiem i kamerką. Radio czasem wykorzystuję szczególnie gdy gdzieś wyjadę – bo nie wyobrażam sobie życia bez radia; dyktafonu raczej nie używam. No ale robię za to zdjęcia. Narobiłam ich trochę przez ostatni rok, każde celowe, wypieszczone, ulubione. Delektowałam się nimi w samotności (szczególnie zdjęciami z nad morza!), pokazywałam znajomym krajobrazy i różne scenki rodzajowe. Byłam bardzo dumna i z tej komórki, i z moich umiejętności posługiwania się nią. W swoim zadufaniu przyrównywałam się do rówieśników i choć wielu mnie przewyższa w takich sprawnościach, to ja góruję nad jeszcze większą ich liczbą. Oczywiście wszystko to w duchu, w skrytości, bo przecież uważam się za osobę kulturalną, a co tam!

No i jak to bywa z zarozumialcami, w pewnym momencie dostają bolesną nauczkę. O nie, nikt mi tej komórki nie ukradł, ani jej nigdzie nie zgubiłam. Ot, po prostu nieco się popsuła. Jakieś tam łącza przestały działać i musiałam oddać ją do naprawy. Potem poznałam tajemnicę tej naprawy – bo trwała ona bardzo krótko. Nie zdążyłam nawet dojechać do domu gdy dostałam wiadomość na drugą komórkę, wypożyczoną – a jakże – od wnuków (oni mają przeważnie co najmniej po dwa aparaty! I po co im to jest potrzebne?...), że mogę już odebrać swoją. Właściwie to mogłabym zaczekać w punkcie naprawy, co by mi oszczędziło drogi i trudu, bo było wtedy i zimno, i ślisko.

Otóż tajemnica polega na tym, że wgrywane jest nowe oprogramowanie. Po prostu. No i wszystkie poprzednie dane, które były w pamięci komórki, a nie na karcie – znikają! Być może można je było odzyskać, zabezpieczyć. Ale jakoś nie wzięłam tego pod uwagę, a potem machnęłam na wszystko ręką. I tak dostałam aparat dokładnie wyczyszczony z moich ukochanych pamiątek, jak nowy! A moje zdjęcia przepadły. Już nie mówię o zapisach w kalendarzu, bo to zdążyłam przytomnie przenieść do papierowego.

Wyciągnęłam z tego zdarzenia dwa wnioski. 1-szy – to nie polegać na mediach elektronicznych i w razie czego podwójnie się zabezpieczyć, i 2-gi – nie przywiązywać się!

W pierwszym wypadku po prostu powróciłam do kalendarza papierowego, który zarzuciłam odkąd miałam tę nową i śliczną wieloczynnościową komóreczkę. Trochę się muszę do niego przyzwyczajać od nowa, ale już jestem na dobrej drodze.

A co do nie przywiązywania się, to uczę się tego wciąż, i jest to jeden z ważniejszych problemów w moim życiu. Należę bowiem do ludzi, którzy kultywują tak zwane „przydasie”. „Przydasie” to te rzeczy, które mogą się przydać. Kiedyś lub zaraz. Nigdy nie wiadomo. Ale przeważnie – kiedyś… Gdy żyje się w jednym miejscu od dziesięcioleci, człowiek obrasta tymi „przydasiami’ i czasem nie widać wśród nich prawdziwego sensu życia.

A przecież widzę co się dzieje, gdy jakiś człowiek umiera. Bo i tych umierających jest w pewnym wieku już i coraz więcej dokoła. A więc ktoś umiera, a to wszystko, wśród czego żył – idzie na śmietnik. Czasem dosłownie. Więc trzeba się zastanowić, czy naprawdę nie mogę żyć bez pewnych rzeczy. Rzeczy potrzebnych „na kiedyś”, lub rzeczy – pamiątek po kimś, po czymś. Te stosy bibelotów, ozdóbek, gadżetów, różnych skarbów – zdaje się czasami, że są podobne do grobowców faraona.

Czytam aktualnie książkę o założycielu Opus Dei, o świętym Josemaria Escriva, napisaną przez jego następcę w dziele, Alvaro del Portillo. Jest tam w niej opisany taki moment, gdy święty Josemaria po pogrzebie swojego ojca wracał do domu, pogrążony w żalu i w myślach, że ciężar utrzymania rodziny spocznie teraz na jego barkach. Przechodząc przez most na rzece Ebro przypomniał sobie, że w kieszeni ma klucz od trumny, który grabarz dał mu na pamiątkę. Pomyślał sobie, co ma zrobić z tym kluczem, który może być dla niego przywiązaniem. I gwałtownym ruchem wrzucił go do rzeki, powierzając Panu Bogu swoje oderwanie się od taty, najdroższego przyjaciela.