Zjazd koleżeński

Cóż warte są nasze dokonania, nasze życiowe osiągnięcia, jeśli w pewnym momencie nie możemy przejrzeć się w oczach naszych rówieśników? W oczach ludzi, którzy nas znali wtedy, gdy jeszcze byliśmy na początku naszej drogi?

I mnie się to przydarzyło, po ponad 40 latach, jakie minęły od chwili wejścia w progi uczelni – naszej Alma Mater, Politechniki Warszawskiej, wydziału Inżynierii Budowlanej.

Spotkany na mieście Gienio, jak zwykle tanecznym krokiem, którym tak czarował kiedyś w Stodole, pędzący gdzieś za swoimi sprawami, przekazał mi wiadomość, że organizuje się nasz zjazd koleżeński. Z tej okazji planowana jest mała sesja naukowa i – bankiet przy muzyce jazzowej w Domu Technika.

Z Jolą, z którą „na stare lata” zbliżyła nas wspólna przeszłość, próbowałyśmy odtworzyć tamte dni i tamtych ludzi. Najpierw w strzępkach, a potem coraz bardziej i bardziej zaczęła się przed nami odsłaniać ta nasza młodość lat 60-tych, tamte kluby i prywatki, miłości i przyjaźnie. Jednym słowem – lata 60-te na żywo. Warszawska Zachęta przedstawiła kiedyś na wystawie ten czas PRL-u, a my wypełniałyśmy go teraz duchem, z własnych wspomnień.

Następne były pytania. Jacy oni są teraz? Jak ja się im pokażę? Czy się poznamy i odnajdziemy? A może nie warto do tego powracać? Warto, warto! – stwierdziłyśmy. Nie tylko warto, ale trzeba się zdobyć na tę odwagę i stanąć twarzą w twarz ze swą przeszłością.

A potem to już czas doznał jakby przyspieszenia. Tygodnie, dni, godziny… I wreszcie nadszedł ten dzień.

Na początku pewna nieśmiałość i sztywność. Dużo uśmiechów, kontrolowana spontaniczność i rezerwa. Jedno oko obserwuje ekran ze slajdami cudownych mostów w Norwegii, o których opowiada Andrzej, drugie zaś zezuje po sali i próbuje nazwać to, co widzi. Czymże są i katastrofy budowlane, z takim znawstwem relacjonowane przez Kazia, wobec 40 lat dzielących siedzących na sali? Most siekierkowski, wybiegający w przyszłość i opisywany przez Jacka, spina tę chwilę z następnymi pokoleniami, które przyjdą po nas i będą budowały inne mosty. Każdy z nas też widział w swoim życiu jakąś swoją cudowną Norwegię, przeżył bardziej lub mniej niszczącą katastrofę, i z nową nadzieją otwiera się na nowe perspektywy, choć niekoniecznie siekierkowskie.

Stare, czarno-białe fotografie przyniesione na tę okazję wywołują okrzyki i westchnienia. Ten i ów już nie żyje, inny zmienił się nie do poznania, ale są i tacy, którzy wyglądają prawie tak jak dawniej. Wspólne aktualne zdjęcie uczestników spotkania ukazuje grupę starszych osób w uroczystych strojach i z uroczystymi twarzami. Gdzież są gibkie sylwetki i zabawne sytuacje uchwycone niegdyś przez kamery przygodnych fotografów, z przypadkowych wakacyjnych spotkań?

Centrum naszego studenckiego życia był Gmach Główny, jego krużganki stanowiły przystań i miejsce spotkań. Wspomnienie znajomych ulic wzmaga bicie serca: Noakowskiego, Koszykowa, Lwowska, Nowowiejska, Poznańska, Śniadeckich, Polna, cukiernia Wróbla - późniejszy Barek Słodki, a dziś znowu Wróbel. Ale także Stodoła, Medyk, Hybrydy.

Żeby kimś być, najpierw trzeba być sobą – powiedział w powitaniu Andrzej. Tak, w tym zgromadzeniu każdy był sobą. Bo ucieczka w życie, w świat nęcący wspaniałymi obietnicami, zawsze jest bezsensowna, gdyż od siebie nie można uciec. I dobra jest świadomość, że dla pewnej grupy ludzi nasze nazwisko coś znaczy, a nie jest tylko pustym dźwiękiem złożonym z kilkunastu liter.

To nieprawda, że młodość jest lekkomyślna i niemądra. Młodość jest śmiertelnie poważna i zadaje rany, z których leczymy się potem przez całe życie. Chowamy się przed nią za górami tłuszczu, za siwiejącymi włosami i za zmarszczkami, tysiącami dyrektorskich gabinetów i dorosłym życiem z żonami, mężami, dziećmi i wnukami. I nie jest ważne, że ktoś miał swoje upadki i klęski, bo ważne jest, że się podniósł.

A pewnego dnia to całe życie staje nam przed oczami jak jedna chwilka, i nic się nie liczy, jak tylko – „nasza grupa”, a w niej Jadzia, Andrzej, Leszek, Jola, Stefan, Gienek, Ela i inni. I jak dobrze jest wiedzieć, że ci, których kiedyś lubiliśmy, także dziś dają się nam lubić.

Elżbieta Nowak