WAGA

Dzień dobry Państwu!

Nie jest łatwo człowiekowi żyć w prawdzie! Przeczuwam, że ten poważny wstęp może kogoś zniechęcić do dalszego ciągu, ale zapewniam, że ciąg dalszy jest o wiele lżejszy. No, może akurat nie najszczęśliwiej to skojarzyłam, bo chodzi rzeczywiście o ciężar, ale tym razem o ciężar - większy.

Miałam wagę. Była to najzwyczajniejsza waga łazienkowa, ze wskazówką i sprężynami w środku. A wiem o tym, bo kiedyś mi się popsuła. Z ciekawości zajrzałam do środka, i udało mi się ją naprawić. Tak była nieskomplikowana! Niestety po tej mojej - pożal się Boże - naprawie, pozostał pewien mankament. Po prostu pokazywała ona o siedem kilogramów mniej, niż było w rzeczywistości. Ponieważ mam pewne problemy z własną wagą, ta jej przypadłość jakby była trochę i po mojej myśli. Bowiem liczba, która pojawiała się przy wskazówce, gdy się ważyłam, była po prostu bardziej optymistyczna niż wskazywała by na to rzeczywistość.

Naturalnie prowadząc systematyczne obserwacje, zapisywałam wyniki tych kontroli, i zawsze pamiętałam, że muszę dodać w myśli do zapisu siódemkę. Oczywiście - dodać w myśli. Bo dla wygody i prostoty zapisywałam to, co pokazywała moja waga.

Żyłam więc jak w błogim śnie, bo jednak rzadko docierała do mnie prawda, że tak naprawdę ważę przecież o wiele więcej. Wiedziałam, ale nie wiedziałam.

Tak było aż do momentu, gdy wreszcie kupiłam sobie nową wagę. Też równie nieskomplikowaną, nie żaden cud elektroniczny ale taniutką, za to wreszcie pokazującą prawdziwe wyniki. Dopiero wtedy mogłam ocenić, jak bardzo sama siebie oszukiwałam.

Nie jest łatwo przyznać się do własnych błędów, a jeszcze trudniej gdy uważamy, że tych błędów nie popełniliśmy. Wiedziałam, że moja waga oszukuje, a jednak tak jakoś przechodziłam nad tym do porządku dziennego, i brnęłam dalej.

Teraz, gdy już mam jasność co do tego, na czym stoję, to choć jest ciężej, to zarazem jakby mi lżej. Wiem na pewno, że muszę zrzucić pilnie te kilka kilogramów, które dotychczas były tylko w domyśle, i łatwiej mi to zaakceptować, kiedy patrzę na nowe zapiski. I przestałam się łudzić, że poprzednie wskazania były korzystniejsze. Bo co to znaczy korzystniejsze, jeśli były zafałszowane? Nie lubimy prawdy! Oj, nie.

"Nie chcę tego czytać! Nie chcę tego słuchać! Nie mów mi o tym! Nie muszę o tym wiedzieć!" - to tylko kilka z naszych wymówek, a właściwie, uników. A szczególnie lubimy nazywać rzeczy nie po imieniu, jak się niegdyś mówiło, tylko – „inaczej”. Mówimy coś, a rozumiemy pod tym coś zupełnie odwrotnego.

Przykłady?

Mówimy o tolerancji, a sami nie jesteśmy tolerancyjni wobec naszych przeciwników. Oni mają nas tolerować, ale my ich już nie. Zarzucamy innym kłamstwo, a sami mijamy się z prawdą. Mówimy o miłości, ale czujemy nienawiść do tych, których nie chcemy kochać. Mówimy białe na czarne, i czarne na białe.

Coś się z nami porobiło, i nie jest wytłumaczeniem, że to dlatego, iż logika znikła z programu szkolnego. Po prostu to co dla nas jest korzystne, to jest prawdziwe. Reszta - to nieprawda. W takim świecie bardzo trudno jest żyć. Bo nie ma jasnych kryteriów, którymi możemy się kierować. Wszystko jest takie jakieś zamazane, zawoalowane, niejasne. I poruszamy się jak pijane dzieci we mgle.

Niebezpiecznie jest posługiwać się niektórymi określeniami, bo można za nie odpowiadać sądownie. A jednocześnie można bezkarnie używać innych, równie obraźliwych dla niektórych, i nic się za to nie dzieje. Widocznie demokracja obowiązuje tylko w jedną stronę. I tak - ktoś może mnie nazwać zupełnie bezkarnie "moherowym beretem", co mi się należy już za sam mój wygląd, ale ja już nie będę mieć prawa nazwać kogoś innego, jak mi się będzie chciało, na przykład takiego cyklistę, bo ten ktoś może mi zrobić za to kuku. Tak, tak, życie to nie jest bajka.

Mam dużo czasu, jak to na emeryturze, by obserwować naszą scenę polityczną i obyczajową, i czasami już mam tego wszystkiego szczerze dosyć. Chciałabym wreszcie żyć w normalnym kraju, gdzie do urzędu idzie się załatwić swoje sprawy, i nikt nie będzie mi tam rzucał kłód pod nogi. Jeśli pójdę do sądu, to nie będę miała cienia wątpliwości, że potraktują mnie sprawiedliwie. Że moje dzieci, a raczej już wnuki, będzie uczył w szkole nauczyciel mądrzejszy od nich. A potem założą własne firmy, i nie będą się bały, że jakaś mafia każe im płacić haracz, albo nieuczciwa konkurencja wykończy, albo urząd skarbowy skasuje.

Ach, mam wiele marzeń. A najpierwsze, to żebyśmy wreszcie zamiast się kłócić, zaczęli się wzajemnie życzliwie słuchać. Chociaż tyle. Jeśli nie stać nas na więcej. A swoją drogą bardzo się cieszę w mojej nowej wagi. Chociaż ważę na niej więcej. A co tam, stać mnie na szczerość.

Elżbieta Nowak

„Myśli na dobry dzień”, Pr. I PR, godz. 4.55