Rozmowa z dr Tadeuszem Wasilewskim

Medycyna -

O in vitro i naprotechnologii rozmawiam z Tadeuszem Wasilewskim – lekarzem, specjalistą w dziedzinie ginekologii i położnictwa oraz naprotechnologii. Przez 14 lat pracował w pierwszej w Polsce klinice wykonującej procedurę in vitro. Obecnie jest współwłaścicielem pierwszej w Polsce kliniki leczenia niepłodności małżeńskiej przy wykorzystaniu metody naprotechnologii – NaProMedica.

Niedawno mówił Pan o naprotechnologii w jednym z programów telewizyjnych. Jednak wyraźnie nie pozwolono Panu powiedzieć nic o in vitro. Odniosłam wrażenie, że porównanie in vitro i naprotechnologii to w naszych mediach temat tabu lub zastrzeżony dla zwolenników in vitro.

Przed programem, o którym Pani wspomniała, poinformowano mnie, że będzie można powiedzieć na temat programu in vitro oraz, że będzie można powiedzieć o naprotechnologii. Jednak w trakcie programu rozmawiała ze mną inna osoba, która moją wypowiedź przerywała. Czy taki sposób poprowadzenia programu nie świadczy o braku racji u nadawcy? Potem, kiedy program się skończył i trzeba było sobie powiedzieć do widzenia, biedny pan redaktor nie wiedział, gdzie schować oczy, co zrobić z rękoma. Czuł, że został kupiony i że to nie tak. Ale ludzie to wyłapali i osobiście nie dostałem żadnych opinii negatywnych w stosunku do mojego wystąpienia.

Różnica pomiędzy in vitro a naprotechnologią sięga głęboko, bo samej koncepcji osoby i natury płciowości. Po pierwsze chodzi o status zarodka, który, jak jasno określa biologia, jest pierwszym etapem życia ludzkiego, a życia ludzkiego nie ma żaden inny byt jak osoba. Osoba z kolei nigdy nie może być traktowana instrumentalnie, nie może być „prawem”, jest zawsze darem. Godność osoby natomiast wymaga bezwarunkowo zaistnienia jako bezpośredni skutek miłości rodziców. In vitro to metoda, która oddziela poczęcie nowego życia ludzkiego od jednoczącego aktu płciowego. I nie chodzi tu o subiektywne intencje rodziców, którzy niewątpliwie się kochają, ale o treść miłości zawartą w samej naturze płciowości. To drugi problem antropologiczny in vitro. Pozornie dużo się na ten temat mówi, ale tak naprawdę nie znamy in vitro, a mówiąc poprawnie FIVET. Na czym ta procedura polega?

My w obliczu niepłodności małżeńskiej staliśmy się bardzo niecierpliwi i próbowaliśmy dotrzeć do tego, co zachodzi w organizmie kobiety. Podsunięty pomysł połączenia komórek rozrodczych poza organizmem kobiety, „hodowla” ludzkich poza organizmem kobiety i przeniesienie ich do jamy macicy, to był finał tej niecierpliwości i próba poczęcia dziecka do tej pory niemożliwego. Intencja i cel był na pewno właściwy, bo próbujemy eliminować wielkie cierpienie człowieka w postaci braku potomstwa, podczas gdy dążymy do tego potomstwa. Ale to, co odkryliśmy jako zapłodnienie pozaustrojowe, jest ze wszech miar niewłaściwe, i to delikatnie rzecz ujmując.

Można jasno powiedzieć, że program in vitro nie szanuje godności człowieka, przyszłej mamy, przyszłego taty oraz dzieci, które są poczęte w wyniku zastosowania tej metody. Nie sprawia, że każde życie ludzkie poczęte w wyniku tej metody jest zachowane, że trwa.

Program in vitro to przenikające się dwa obszary: obszar życia – to zarodki przeniesione do jamy macicy oraz obszar śmierci – to zarodki, które do macicy nie trafią, obumrą poza łonem organizmu kobiety w wyniku prowadzonej „hodowli”. Obumrą w wyniku kriokonserwacji, czyli technik mrożenia zarodków, które nie są technikami stuprocentowymi. I to jest ta wielka niegodziwość, która każe powiedzieć wobec tej metody jedno wielkie NIE. Cel pomocy małżeństwom w poczęciu dziecka na pewno nie może być osiągnięty przy zastosowaniu metody in vitro. Jestem o tym przekonany w stu pięćdziesięciu procentach. Szlachetny cel nie usprawiedliwia zastosowania tej metody.

Ostatnie ustalenia prawne w Polsce zmierzają do wytwarzania „co najwyżej sześciu zarodków”. To porażająca informacja. Jak Pan ją przyjął?

Jeżeli byśmy doprowadzili do legalizacji wytwarzania tylko jednego zarodka – ja w tej chwili teoretyzuję – to tak wykonany program in vitro nie daje stuprocentowej gwarancji na jego przeżycie w trakcie zastosowania wszystkich kroków procedury zapłodnienia pozaustrojowego. Kulminacyjny etap metody in vitro, czyli przeniesienie zarodka z inkubatora do jamy macicy, bywa krokiem, który niestety skazuje go na śmierć. Możliwość przeniesienia uzależniona od instrumentarium, jakim dysponujemy, uzależniona od anatomii struktur narządu rodnego, uzależniona od wprawy wykonującego ten transfer, obarczona jest dużym ryzykiem właśnie na tym etapie. Gdybyśmy odnieśli to do osoby ludzkiej, którą widzimy, np. dziecka, które ma dwa lata, człowieka, który kończy gimnazjum, ma 14–15 lat i gdyby zaproponować procedurę medyczną, która nie daje gwarancji przeżycia tym osobom, to absolutnie nie czynilibyśmy żadnych kroków, aby taką procedurę wprowadzić. Ponieważ chodzi o procedurę, która dotyczy rozwoju życia ludzkiego na etapie kilkuset, kilkudziesięciu lub nawet kilku komórek, bardzo łatwo przychodzi nam powiedzieć, że możemy to zrobić. My, ogół społeczności nie widzimy tych zarodków. One są widoczne dla fachowców, którzy korzystają z mikroskopów i decydują o ich być albo nie być. Dzisiaj się mówi, że program in vitro jest swego rodzaju eugeniką, która sięgnęła początków życia ludzkiego. Jest to jak najbardziej słuszne sformułowanie.

Do tego dochodzi ryzyko coraz bardziej skomplikowanych problemów: dobierania cech dziecka według gustu rodziców, „wypożyczania” matek, prawdopodobieństwo kazirodztwa w przyszłości, trudności z ustaleniem spadkobierców, itd. A co mówią statystyki?

Za www.pro-life.pl: naprotechnologia umożliwia niepłodnym małżeństwom poczęcie dziecka z dużym prawdopodobieństwem, sięgającym nawet 80 procent w czasie do 2 lat od rozpoczęcia leczenia, podczas gdy dla metody in vitro jest to 21–26 procent. Naprotechnologia jest więc około 2–3 razy bardziej skuteczna niż procedura in vitro. Od 60 do 95 procent dzieci poczętych metodą in vitro ginie przed narodzeniem. W Wielkiej Brytanii przeprowadzanych jest rocznie około 80 aborcji u kobiet, które poczęły dziecko metodą in vitro, z powodu na przykład rozstania z partnerem. Wielkość rynku in vitro to w tym kraju około 500 miliardów funtów rocznie.

Znając temat in vitro z mediów, można mieć wrażenie, że głównym problemem jest niedostępność tej metody dla wszystkich, bo jest droga. Prawdę mówiąc, nie słyszałam, aby ktoś zajmował się dofinansowaniem naprotechnologii. Czy już takie dofinansowanie istnieje? Czy są takie linie badań, które mogłyby pomóc w rozwoju naprotechnologii?

Naprotechnologia to jeden z elementów Ochronnej Medycyny Prokreacyjnej. Chodzi więc o szerszy zakres działań, takich jak metody obserwacji cyklu, dietetyka, leczenie sanatoryjne, ziołolecznictwo, endokrynologia.

Chyba też tempo życia... ludzie często prowadzą tak nerwowy styl życia, że nie ma się co dziwić, że nie mogą mieć dzieci.

Zdecydowanie tak. Myślę, że jedną z największych porażek naszej cywilizacji jest wzrost niepłodności małżeństw. I wcale częstotliwość tej patologii nie spada, lecz dramatycznie się powiększa. Widać to bardzo dobrze przed gabinetami lekarzy, którzy zajmują się leczeniem niepłodności. Pracy nie ubywa, a wręcz przybywa, jest coraz więcej osób, które muszą szukać pomocy u ludzi w białych fartuchach. Jeśli chodzi o to, gdzie potrzebne jest finansowanie, to w endokrynologii, w chirurgii, w dietetyce, wszystko to jest finansowaniem Ochronnej Medycyny Prokreacyjnej. Warto mówić, że istnieje taka dziedzina, która szanuje każde poczęte życie ludzkie i która szanuje rodziców. I warto zdobywać zwolenników takiego podejścia, bo jest to część medycyny o dużej skuteczności. Wymaga tylko więcej cierpliwości. Ale to dziedzina, która umożliwia poczęcie dziecka w naturalnym kontekście aktu miłości rodziców. To strasznie ważne, to scala rodziców, to czyni małżeństwo taką instytucją, jaką ona powinna być. Tu aż się prosi, aby powiedzieć również stanowcze NIE osobom, które próbują promować inną koncepcję małżeństwa.

Zazwyczaj przedstawia się metodę in vitro jako „naukową” (w odróżnieniu od nienaukowej naprotechnologii…) i nie tłumacząc niczego pokazuje się uśmiechnięte dziecko, które przyszło na świat przy jej pomocy. Używa się więc argumentacji sentymentalnej. Nie ulega żadnej wątpliwości, że tym dzieciom jak i ich rodzicom należy się szacunek jak wszystkim innym ludziom. Jednak należy wyjaśnić, że in vitro to technika, która jest nie do przyjęcia właśnie z naukowego punktu widzenia. Nie można mylić nauki z techniką.

Ochronna Medycyna Prokreacyjna jest jak najbardziej naukową metodą. Ja to próbuję na co dzień udowadniać. W naszej młodej klinice powstały już dwie prace naukowe. Jestem szczęśliwy, że biorę udział w tych badaniach. Mamy podpisaną umowę z Uniwersytetem Medycznym i w ramach tej współpracy powstaje kolejna praca. Wszystko to pokazuje, że ta dyscyplina może być śmiało uważana za dyscyplinę naukową. Oczywiście nie można zapomnieć o tym, że Stwórcą każdego z nas jest Pan Bóg. W XXI wieku często o tym zapominamy. Uważamy, że do nas należy życie, a tak nie jest. Trzeba tworzyć dobrą medycynę, która będzie tę prawdę szanować. Potrzebni są do tego ludzie, którzy będą przy tym pracowali. Trzeba wprowadzić Ochronną Medycynę Prokreacyjną na teren uniwersytetów medycznych, bo tam jest potencjał naukowy, laboratoryjny, instrumentalny.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Katarzyna Zdrzenicka

dr Tadeusz Wasilewski

NaProMedica

ul. Antoniuk Fabryczny 10

15-741 Białystok

tel: 85 653-12-70

85 653-12-75

fax: 85 654-03-34

[email protected]

www.napromedica.pl