Pustynia

Sobotni, letni poranek. Balkon szeroko otwarty, jeśli jest słońce, i ciepło. Za oknem fontanny zielonych liści z kilku topoli, które przez wiele lat rozrastały się coraz bardziej, na naszych oczach. A rosły od zera, bo pamiętam jak je zasadzono. Można nawet powiedzieć że człowiek żyje tyle ile drzewo. A nawet że raczej drzewo żyje dłużej niż człowiek.

Po śmierci jednej z bardzo bliskich mi osób pamiętam, jak się dziwiłam, że drzewa dalej rosną, że dalej się zielenią, potem kolorowieją i gubią liście, by na nowo odżyć wiosną. Że w ogóle żyją, a tej osoby już nie ma świecie.
Obserwowaliśmy więc jak rosną te nasze topole, co roku o kawałek piętra, a teraz wystają ponad dach naszego pięciopiętrowego budynku o wiele metrów wzwyż. Niesamowite, że tak one urosły za mojego życia w tym domu, w tej właśnie kamienicy.

Dobiegają z podwórek, sąsiadujących ze sobą, różne dźwięki - ludzkie głosy, z otwartych okien słychać muzykę, w sobotę na szczęście nie dochodzą odgłosy piły z sąsiedniego podwórka, gdzie jest jakiś warsztat. Gdzieś tam zaszczeka pies, zapłacze dziecko, pokłócą się pijacy, czasem z dołu, z podwórka, doleci dymek z papierosa. Można usiąść na balkonie, zamknąć oczy i zgadywać, jakie dźwięki niesie z sobą miasto. Szczególnie wcześnie rano lub późnym wieczorem słychać z dala jego szum, odrobinę przypominający tak obecnie powszechny na stadionach w Afryce dźwięk wuwuzeli. TE wuwuzele, to całkiem nowy dla nas wyraz i nowy instrument kibiców.

Soboty i niedziele w ciągu roku szkolnego mam na ogół wolne, bo wnuki wtedy nie przychodzą do mnie po szkole, lub nie nocują. A w wakacje będę miała teraz już tylko same soboty i niedziele, aż trudno w to uwierzyć. No, nie w całe wakacje, na pewno jednak przez dwa lipcowe tygodnie, gdy wyjeżdżają na letni obóz.

I te dwa tygodnie to dla mnie prawdziwa laba. Czuję się wtedy jak na pustyni. Bo uwielbiam Warszawę latem. Tym bardziej że mieszkam koło Politechniki, i studenci też przecież wyjeżdżają, więc okolica naprawdę opustoszeje. Nawet Pan Henio, prowadzący warzywny kiosk na rogu, też go zamknie na jakiś czas, na czas wakacyjnego urlopu.

Większość znajomych wyjeżdża, rodzina też. Kiedyś gdy pracowałam w szkole, zawsze marzyłam by mieć urlop poza wakacjami, a nie wtedy gdy wszyscy wyjeżdżają na letni odpoczynek. Ja mogłabym zostać w mieście i cieszyć się swobodą. Tak jest teraz, nawet komunikacja pustoszeje. A korzystanie z niej to prawdziwa szkoła przetrwania, bo letnie remonty powodują zmiany tras autobusów i tramwajów, i można przeżyć niejedno zaskoczenie, gdy się człowiek trochę zagapi.

A więc czuję się, jakbym była na pustyni, i jest to swoiste spotkanie z sobą samą. Czyli – dobry czas na refleksje, odnowę moralną i duchową, jednym słowem - na osobiste rekolekcje. Jest to też okazja do jakiejś systematycznej, poważniejszej lektury, czasem związanej dosłownie z jakimś rekolekcyjnym programem – można teraz znaleźć takie poradniki, i to nie tylko w księgarniach katolickich.

Oczywiście każdy może mieć swój własny pomysł na wypełnienie wolnego czasu. Warto chyba jednak mieć jakiś konkretny plan. Potem będzie można wrócić myślami do tego okresu, i powiedzieć sobie, że się go nie zmarnowało.
Oczywiście mam nadzieję że i ja też gdzieś wyjadę podczas tych wakacji. Ale zwykle wyjeżdżam pod ich koniec, gdy wszyscy wracają już do domu. Czyli w drugiej połowie lipca.

Po latach szwendania się po górach, na stare lata nie mam już tej kondycji, jak kiedyś, i na Giewont bym już nie weszła, a nawet – nie wlazła. Niestety. Co wtedy pozostaje osobie, która uważa się za polską patriotkę? Oczywiście – polskie morze. Zimne morze. A teraz do tego w niektórych miejscach – po spływie powodziowych wód – brudne morze. Ale kochane i piękne. Zawsze i o każdej porze roku. Mam w komórce kilka zdjęć plaży i morza z poprzednich wakacji, z oczywiście z Chałup na Helu, i gdy już nie mogę wytrzymać w murach mojego kochanego miasta, oglądam je sobie z nostalgią. Każde jest inne! Każde tak piękne, że aż serce boli!

Elżbieta Nowak