Pochwała obowiązku

Pewnie nie jestem w tym odosobniona, ale coraz częściej zdarza mi się pozostawiać różne sprawy do załatwienia na ostatnią chwilę. I ten felieton, choć miałam zaplanowany od dawna, też opracowałam niemal w ostatnim momencie, aby zdążyć, nie wywołując jednocześnie niepotrzebnego zdenerwowania wśród najbliższego otoczenia. Bo pośpiech (czytaj: często panika) jakoś dziwnie się udziela innym.

Zaczyna się to jeszcze w szkole. Już do najmłodszych lat zadane lekcje, zamiast odrobić w wolnym czasie, bez pośpiechu, pozostawia się na ostatnie momenty pomiędzy lekcjami. I jest to pierwsza lekcja bylejakości i lekceważenia obowiązków.

Potem dochodzą coraz poważniejsze sprawy, ale zawsze jest coś, co się robi w ostatnim momencie, kosztem spokoju wewnętrznego, w napięciu i lęku. Co dziwniejsze, wadę tę zauważamy najczęściej u innych, a u siebie – nie.

Pamiętam, jak bardzo zdenerwował mnie pewien podróżny, któremu na jego błagania, ustąpiłam miejsca w kolejce do kasy, bo wkrótce odjeżdżał mu pociąg. A ja, która dokładnie zaplanowałam swoją podróż, musiałam dodatkowo stracić kilkanaście minut, bo on nie przewidział, że może być kolejka po bilety, i nie przyszedł wcześniej na dworzec. Uważałam, że po prostu ukradł mi kilka chwil z mojego życia!

Kiedy chodzimy w swoim życiowym kieracie, nie odczuwamy jego uciążliwości, a wprost przeciwnie – bywa on dla nas czymś naturalnym i powszednim. Zauważamy to dopiero wtedy, gdy nam codziennych spraw po prostu zabraknie. A zdarza się to najczęściej, kiedy przechodzimy na emeryturę i żegnamy się z pracą zawodową. Niejedną osobę taki stan zawieszenia niemal dobił. Znane są przypadki, kiedy takie osoby, dotychczas aktywne, pogrążały się w depresji i traciły sens życia.

I ja zauważyłam, że wraz z upływem lat mam tendencję do odsuwania na bok, na dalszy plan, wykonanie rzeczy, które nie są ani pilne, ani niezbędne. Z czasem niektóre z nich w ogóle znikają z horyzontu – i tak ubywa konkretnych obowiązków. Pozostaje cała masa wolnego czasu, z którym nie wiadomo, co robić. Można go wypełnić nadrabianiem zaległości, dobrze jest, jeśli pojawią się nowe cele, ale i tak pozostaje trudne do wypełnienia poczucie pustki.

Odkryłam, że jest na to lekarstwo. Otóż – trzeba sobie wynaleźć i zadać jakieś nowe obowiązki. Najlepiej, jeśli będą związane z innymi ludźmi, bo wtedy najmniej nie będzie wypadało nie wywiązywać się z nich. Dobrym pomysłem jest praca społeczna, choć ten termin może dziś wielu osobom źle się kojarzyć. Teraz to się nawet inaczej nazywa – wolontariat… Jednym słowem – zamiast narzucać się najbliższej rodzinie nadmierną o nich troskliwością – znaleźć jakieś pożyteczne, społeczne dyżury.

I znów będzie można mówić: „Muszę!”

Słowo „muszę” bowiem jest taką wyższą formą słowa „chcę”. Zaczyna się od „chcę”, a potem jest „muszę”. Muszę, bo chcę. Chcę – bo muszę.

Chcę pomóc – to znaczy: muszę pomóc. Chcę być razem – to znaczy muszę być razem.

Uwielbiam obowiązki! Uwalniają mnie od rozmyślania, czy coś mi się opłaci, czy warto lub czy mi się chce coś robić. Uwalniają mnie od takich i podobnych spekulacji, dając prostą odpowiedź na proste pytanie. Słowo „muszę" zdejmuje z moich ramion ciężar decyzji i niepewność wyboru. Dodaje sił i kieruje na jedyną, właściwą ścieżkę pośród wielu innych, nęcących powierzchownymi zaletami.

Muszę – jako pracownik, jako matka, jako człowiek…

Bo słodkie jest jarzmo, które sami sobie kładziemy na ramiona.

Elżbieta Nowak