Ostatnia ćwiartka

Odwiedził mnie niedawno znajmy, kolega z dawnych lat. Ech, buszowaliśmy niegdyś po Warszawie, i był on wtedy człowiekiem na właściwym miejscu, czułam się przy nim bezpiecznie w dżungli wielkiego miasta, co niestety podsycało beztroskę tamtych głupich lat.

Ucieszyłam się bardzo, że sobie o mnie przypomniał. Nie zawsze nasze miłe wspomnienia są takie same i dla drugiej strony, tym razem cieszyliśmy się wzajemnością. Bo muszę też przyznać, że nie tak dawno, z okazji pewnej podniosłej uroczystości, spotkałam wielu znajomych też z dawniejszych lat, a których zachowałam we wdzięcznej pamięci. Niestety, była to pamięć jednostronna, bo zostałam potraktowana przez wielu z nich dość obojętnie, choć oczywiście w pełną grzecznością. Dla nich znaczyłam o wiele mniej niż oni dla mnie. I to jest samo życie.

Tym bardziej miła mi była ta niespodziewana wizyta. Kolega przyszedł ze swoim wnukiem, który jest w przyparafialnej grupie dzieci, którą opiekuje się z kolei moja wnuczka, więc do dawnych przyjaznych więzów doszły jakby nowe. Miło sobie gaworzyliśmy, raczej na neutralne tematy, ze względu na wnuczka, przy kawie i herbatnikach, bo tylko tyle akurat miałam w domu, gdy na odchodnym wszystko się wydało. Wypuścił wnuka naprzód, a sam zadał mi, przy samych drzwiach, bardzo poufne pytanie. Czy nie mogłabym mu pożyczyć 30-tu złotych, no może chociaż 20-ścia.

Smutno mi się zrobiło, bo myślałam że wizyta była całkiem bezinteresowna, ze względu na mnie, a okazała się czymś zupełnie innym.

A oto innym przykład z życia wzięty. W domu walczę z moimi czasowymi domownikami, by przykładali się do sprzątania. Wszyscy przecież robimy bałagan, a tylko ja go sprzątam, i jest to naprawdę niesprawiedliwe. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy pewnego przedpołudnia, moja wnuczka, nagle wzięła się do roboty. Odkurzacz (jak ja nienawidzę tego dźwięku włączonego odkurzacza!), ściereczki, pastowanie podłogi w korytarzu, odkurzanie dywanika… Po prostu – marzenie. Starałam się nie przeszkadzać, żeby przypadkiem się nie rozmyśliła, i zabrałam się za gotowanie smacznego obiadku. Bo nagroda się należy. Nareszcie w dziecku obudziło się sumienie – pomyślałam z rozrzewnieniem. I dodałam w tej intencji Zdrowaśkę.

No niestety, pomyliłam się. To nie dla mnie było cale to sprzątanie. Pod wieczór zjawił się ON, kolega, aktualna sympatia mojej wnuczki. I to dla niego było to całe sprzątanie.

Im człowiek jest starszy, tym ma więcej podobnych rozczarowań. Już mu się wydaje, że jest pępkiem czyjegoś świata, choćby przez kilka minut, a tymczasem prawda jest zupełnie inna. Pępkiem naszego świata dla siebie jesteśmy tylko my sami.

Dlatego tak ważne jest zagospodarowanie drugiej połowy swojego życia, czasem może zaledwie ostatniej „ćwiartki’, lub ostatnich 10-ciu procent – jakimś sensownym i celowym działaniem. Zamiast siedzieć rodzinie na głowie, i domagać się względów swoim siwym włosom, zamiast czekać na „dobre słowo” i zainteresowanie otoczenia – lepiej zrobić coś dla innych.

Mówi się, że „starzy ludzie potrzebują żeby ich ktoś wysłuchał, powiedział ciepłe słowo” – jak napisała jedna z moich korespondentek. A przecież młodzi też czekają na to samo – żeby ich ktoś wysłuchał, i powiedział ciepłe słowo. A jak nie mają kogoś takiego też młodego, to i ktoś stary im się przyda, nieprawdaż?
Tylko trzeba zapomnieć, że jesteśmy nieomylni. Bo tam, gdzie ludzie wspólnie żyją, i gdzie znajdzie się ktoś jeden nieomylny, który ma zawsze rację – jak mówi Phil Bosmans – tam powstaje stan napięcia i konfliktów. Z takim nieomylnym nie można rozsądnie rozmawiać. Wolno mu jedynie przytakiwać, potwierdzać, i uspokajające „Amen” wypowiadać, jeśli nie chcemy kłótni.

A tymczasem kto zawsze i we wszystkim chce mieć rację, ten ma wyraźne ciągoty na dyktatora. A nawet być może, że inni już dawno podobne właściwości odkryli i w nas samych. A nie ma nic gorszego w domu, niż taki wszystko wiedzący, stary dyktator! Amen.

Elżbieta Nowak