Obiektywizm jest możliwy

Dla mediów -

Pilar Urbano, urodzona w 1940 roku w Walencji hiszpańska dziennikarka i pisarka. Komentator wydarzeń politycznych. Przez wiele lat prowadziła w „ABC” kolumnę „Hilo directo”. Potem pracowała w „Ya”, „El Mundo”, „Epoca”, w radiu i telewizji. Autorka książek na temat wydarzeń aktualnych i historycznych, np. zamachu na WTC w Nowym Jorku, i o życiu ważnych postaci, np. królowej Zofii, króla Juana Carlosa, sędziego Baltasara Garzóna, św. Josemarii Escrivy. Wszystkie jej książki „La Reina” (1997), „Jefe Atta: el secreto de la Casa Blanca” (2003), „La Reina muy de cerca” (2008), „El precio del trono” (2011) i inne, to bestsellery. Jej książka „El hombre de Villa Tevere” została przetłumaczona na język polski i nosi tytuł „Człowiek z Villa Tevere”.

Definiuje Pani dziennikarstwo jako „oko społeczeństwa”. Jak to należy rozumieć?

My, dziennikarze, jesteśmy „zmysłami” społeczeństwa, pewnego rodzaju deputowanymi zainteresowań ludzi oraz ich prawa do poznania prawdy. Patrzymy, słuchamy, staramy się uchwycić, co dzieje się na świecie. Apotem relacjonujemy to w wiadomościach i reportażach. Ponadto, z tej racji, że obracamy się blisko władzy, mamy obowiązek, aby informować o jej działaniach i decyzjach podejmowanych na korzyść lub ze szkodą dla obywateli, mamy patrzeć na ręce osobom sprawującym władzę i innym osobom mającym wpływ na życie ludzi. Kontrola ze strony mediów to, obokparlamentu i sądów, gwarancja każdej demokracji. Nie ma większej tyranii niż dezinformacja.

Czy w mediach możliwy jest obiektywizm?

Obiektywizm jest możliwy i należy go wymagać, ale nie jest łatwy. Dziennikarz pracuje pod presją wielu czynników, mających na celu nadać informacji taką a nie inną formę lub ocenzurować prawdę, jeśli jest ona niewygodna dla instutucji, dla której pracuje. Nie mówię tu nic nowego: media żyją na łasce reklamy i partii, która akurat jest u władzy... Dlatego starają się jej przypodobać informacjami, które są na jej korzyść. Ponadto istnieje też presja bardziej subtelna, jak nowe mody w sposobie myślenia, chęć znalezienia się na pierwszej linii napięć moralnych, obawa, żeby nie okazać się staroświeckim itd. W tych okolicznościach dziennikarz niezależny i wierny samemu sobie staje się „białym krukiem” i ryzykuje skazanie go na samotną śmierć. Ja widzę go jako samotnego i odważnego bohatera, który nie boi się dotknąć zakażonej rany.

Mówi się o Pani, że jest „wierna swoim ludziom”.Jak dziennikarz może być lojalny i nie zaangażować się w rzeczy moralnie złe?

Jestem lojalna wobec konkretnych zasad, wobec wiary i moralności: jestem katoliczką. Nie należę do żadnej partii ani klubu sportowego. Jedyna legitymacja, jaką mogę się wykazać, to... prawo jazdy. Rodzina, przyjaciele, znajomi? Pozostają na marginesie mojej pracy podczas zbierania i przekazywania informacji. Zawsze zachowywałam niezależność. Nie z osobistego upodobania, ale z uczciwości wobec moich czytelników. Moim hasłem jest „informar con rigor, sin favor y sin temor” – informować rzetelnie, bez faworyzowania i bez strachu. Nie pracuję dla nikogo, jedynie dla czytelników. I jedyny głos, którego słucham, to głos Boga w moim sumieniu. Trzeba przyznać, że za taką niezależność i wolność płaci się wysoką cenę, obliczaną w walucie samotności.

Jak traktować z szacunkiem osoby o przeciwnych poglądach?

W moim przypadku to właśnie pasja wolności powoduje, że traktuję jako świętość wolność innych osób, chociaż myślą inaczej, a nawet, jeśli błądzą. Jednak szacunek nie oznacza tu relatywizmu, rozmiękczonego myślenia, które nie dostrzega granic pomiędzy prawdą a fałszem, dobrem a złem. Od Josemarii Escrivy, świętego kapłana bardzo „na czasie”, nauczyłam się złotej zasady „bądź nieustępliwa wobec błędu, ale bardzo wyrozumiała wobec osoby, która go popełnia”. I idzie mi dobrze.

Według jakich kryteriów wybiera Pani osoby i wydarzenia, o których pisze Pani potem w artykułach?

Jako dziennikarka kieruję się kryterium aktualności dla czytelników. Zainteresowania czytelników nie należy rozumieć jako chorobliwej ciekawości czy szukania sensacji. Na szczęście nigdy się czymś takim nie zajmowałam.

Dziennikarze pracują prawie zawsze w konkretnie określonych strukturach ideologicznych swoich redakcji. To znaczy – trudno jest być naprawdę wolnym w tej pracy. I jest łatwo stracić pracę, kiedy ktoś nie chce się podporządkować. Jakie jest Pani doświadczenie pod tym kątem? Czy zawsze mogła Pani powiedzieć to, co chciała?

Bronię dla wszystkich dziennikarzy prawa do sprzeciwu sumienia. Sumienie jest terytorium, które nie może podlegać profanacji. Państwo prawa funkcjonuje dobrze, jeśli opiera się na fundamencie wolności sumienia, co przejawia się w całym wymiarze wolności obywatelskiej: wolności prasy, wolności działalności akademickiej, wolności pracy twórczej, wolności tworzenia związków i stowarzyszeń, wolności religijnej... Naszym mediom informacyjnym potrzeba większej wolności i przejrzystości. A naszym dziennikarzom większej dynamiki i odwagi w okazywaniu sprzeciwu. A może mamy zostawić wolność opinii na przykład w rękach milionów anonimowych blogerów i „twitterów”?

Osobiście, kiedy czułam się do czegoś zmuszana lub wywierano na mnie nacisk ideologiczny w jakiejś gazecie, radiu lub telewizji, bez wahania zbierałam moje rzeczy i składałam rezygnację. W ciągu całego mojego życia zawodowego zrobiłam tak trzy razy. I chodziło o potężne media informacyjne. Kuriozalnie decyzje te dały mi większą siłę i większe zaufanie wobec prawdy, której broniłam... I przyczyniły się do większego sukcesu.

W Polsce jest Pani znana jako autorka książki „Człowiek z Villa Tevere”. Zawsze mi się wydawało, że świętość, działanie łaski w duszy człowieka, to temat niemedialny. Dziennikarze wolą tematy „konkretne”, „materialne”. Jak pisze się o świętym?

Pod względem technicznym i literackim nie ma różnicy, aby zbadać i opisać życie gangstera, króla czy człowieka świętego... Jednak rzeczywiście – to nie to samo poznać życie islamskiego terrorysty opanowanego przez nienawiść, jak Mohammed Atta (zamach z 11 września 2001 roku w Nowym Jorku), co zagłębić się w życie takiej osoby jak Josemaría Escriva, który żył blisko Boga, szukał oblicza Boga, był uległy Bogu, „tańczył z Bogiem”. Osoby świętej, która skądinąd wiodła życie bardzo „konkretne” i bardzo „materialne”, który chodził nogami po ziemi. Opisałam go w sytuacjach, kiedy się modlił, golił, śpiewał, czytał gazetę... Było to dla mnie doświadczenie, które mnie zmieniło. Jakby to powiedzieć? Są książki, których ty jesteś autorem. I są takie, które są autorami ciebie. „Człowiek z Villa Tevere” to książka, która działała na mnie, kiedy ją pisałam.

Rozmawiała Katarzyna Zdrzenicka