Nasza Polibuda

W poniedziałek 15-go listopada 2010r., w kościele Zbawiciela w Warszawie, odprawiona została Masza święta z okazji 95-ciolecia Politechniki Warszawskiej. I chyba nie było to dziełem przypadku, że właśnie tego dnia jeden z dzienników zajął się problemem wykształcenia technicznego. „W czasach kłopotów gospodarczych stanowiska prezesów coraz częściej obejmują absolwenci szkół technicznych” – napisano. Z przeprowadzonego przez tę gazetę sondażu wynika, że połowa sprawdzonych szefów dużych firm to absolwenci studiów politechnicznych, a przoduje w tym właśnie Politechnika Warszawska.

Tradycja studiów technicznych w Polsce, a konkretnie w Warszawie sięga roku 1826, i czasów Stanisława Staszica, gdy powstawała Szkoła Przygotowawcza do Studiów Technicznych. Ale prawdziwie polska uczelnia, z polskim językiem wykładowym mogła powstać dopiero w wolnej Polsce, i stało się to właśnie 15 listopada 1915 roku.

Ta pierwsza warszawska uczelnia techniczna miała wtedy 4 wydziały:

  • Architektury,
  • Budowy Maszyn i Elektrotechniki,
  • Chemiczny, oraz
  • Inżynierii Budowlanej i Rolnej.

Moja pamięć historyczna sięga roku 1948-mego, gdy rodzice dostali zatrudnienie w Administracji Politechniki, oraz przydzielone mieszkanie. Rektorem wtedy był geodeta, profesor Edward Warchałowski, przed wojną też Rektor Politechniki. Był to starszy już pan, z wąsami, który lubił sobie pożartować z dziećmi, rówieśnikami jego własnej wnuczki, jakim byliśmy wtedy – brat i ja. Hasaliśmy po politechnicznym terenie, pełnym wtedy ruin i gruzów, różnych tajemniczych zakamarków, i to był nasz powojenny świat dziecięcych zabaw, ograniczony obecnie Koszykową, Noakowskiego, Nowowiejską i aleją Niepodległości. Gdzież miałam potem się uczyć, jak nie na Politechnice? Brat także. A potem i moja córka.

Żyliśmy w cieniu Politechniki, jej sprawy były naszymi sprawami. Oczywiście wśród tysięcy ludzi, którzy się przez nią przewinęli, byliśmy tylko maleńkimi pionkami. Kolejne pokolenia odchodziły, znajomi studenci-rówieśnicy stawali się asystentami, potem docentami, profesorami. Wszystko za moich czasów. A teraz wszyscy jesteśmy emerytami. I do gmachu głównego chodzę z wizytą – do bankomatu. Do tego pięknego gmachu, którego wnętrze czasem pokazuje telewizja z okazji różnych prestiżowych imprez. Na krużgankach spotykali się studenci, uczyli się do egzaminów, korytarze tętniły życiem. Nieco poniżej parteru był boczny korytarz zwany „wylęgarnią”, Tam przyszli geodeci robili obliczenia na maszynkach do liczenia, które wzniecały okropny hałas. Hałas ten zaniknął odkąd zapanowały kalkulatory na bateryjki. Tak się skończył żywot tej ”wylęgarni” i swoistej wspólnoty, która tam panowała sprawiając, że studiowanie na geodezji było szczególnie pociągające. Bo dochodziły do tego jeszcze wspólne praktyki w różnych ciekawych miejscach, nad morzem czy w górach. Oj, rządziły pany w Grybowie! A że geodezja był niezbędna do wykształcenia i w budownictwie, zasmakowałam i ja tych wakacyjnych uciech praktykanckich. Jednym słowem, Politechnika Warszawska to była jedna wielka rodzina.

Nic więc dziwnego, że w poniedziałek, 15 listopada, popędziłam raniutko do kościoła, na tę pamiątkową Mszę świętą o godzinie ósmej, bo poczułam, że jest to moja osobista sprawa także. Był na niej Jego Magnificencja Pan Rektor, trochę prorektorów i dziekanów – już ich w ogóle nie znam, bo jestem przecież teraz studentką-emerytką. Mszę koncelebrowali: nasz ksiądz proboszcz i jego zastępca, oraz Duszpasterz Akademicki od Świętej Anny. A w kościele było trochę starych jak ja bab – jak zwykle o tej porze w dni powszednie, i kilka, może kilkanaście innych osób. Ktoś chyba nawalił z informacją, albo zbyt późno dano ogłoszenie. Bo na początek roku akademickiego nasz kościół był przecież pełny studentów. Szkoda, że i nie na tej Mszy.

Modlono się też za zmarłych pracowników i studentów, więc miałam przy okazji Mszę żałobną za moich bliskich, z których już tylko ja zostałam. Łza mi się w oku zakręciła, bo kawał historii był za mną. A przed oczami stanęło mi zdanie Jana Zamojskiego, wyryte w Gmachu Głównym na pamiątkowej tablicy; „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Elżbieta Srzednicka-Nowak

(Poniedziałek, 22 listopada 2010 r., Pr. I, godz. ok. 4.50, „Myśli na dobry dzień”)

źródło zdjęcia 1

źródło zdjęcia 2