Marzenie Babci Sabci

Najlepiej uczymy się na przykładach z życia, ludzkie losy bywają dla nas takimi drogowskazami. Czasami zaś nie tyle drogowskazami jak żyć, ale – czego nie robić. Bo to wielka mądrość korzystanie z cudzych doświadczeń. Jak to ktoś mawiał – jednych uczy życie, innych uniwersytety. Gdy uczy życie, to czasami bardziej boli.

Miałam kiedyś cioteczną babcię, na imię jej było Sabina. Mówiło się o niej po prostu – babcia Sabcia. Była to leciwa panienka, której pracowite życie upłynęło na opiekowaniu się dziećmi w bogatych domach. I teraz niejedna rodzina mogłaby ją ozłocić, gdyby mogła taką pomoc znaleźć. I zatrudnić. Pomoc oddaną, kompetentną, uczciwą.

Teraz kobiety mają szanse kształcić się. Uczą się, więc całymi latami, aż pewnego dnia budzą się, i okazuje się, że przegapiły moment założenia własnej rodziny. Są już gotowe na to, a tu – brak szans, ale na zamążpójście. Wiem, co mówię, bo pracując w dziale listów Tygodnika „Niedziela” otrzymuję całą masę listów na ten temat. Mężczyźni mniej odczuwają ten problem, być może dlatego, że chyba jest ich nieco mniej, niż niewiast, i ci którzy poczuli „wolę Bożą” do małżeństwa po prostu ją zrealizowali. Pomijam tu problem współczesny, jakim jest w ogóle dojrzewanie do małżeństwa lub uciekanie przed nim, bo to zupełnie inny temat, na oddzielny felieton. Felieton o ludziach, którzy boją się odpowiedzialności i wolą być ciągle małymi dziećmi, często na garnuszku u mamusi, u jej spódnicy.

Babcia Sabcia jakoś po prostu nie miała powołania do małżeństwa. I nawet nad tym szczególnie nie ubolewała. Jej panieństwo było niemal sztandarowe, bo wręcz brzydziły ją sprawy uważane za męsko-damskie. Nawet nie lubiła podawać ręki mężczyznom, bo twierdziła, że wychodząc z toalety nie myją rąk (fuj!), i miała w związku z tym nieprzyjemne skojarzenia.

W ostatnim okresie życia, gdy już nikt nie chciał jej zatrudniać do dzieci, bo była zbyt stara, a i prawdziwych „bogatych domów” zabrakło, pomieszkiwała kolejno u różnych krewnych, jako ostatni moi rodzice zapewnili jej dach nad głową. Mówię – jako ostatni, bo babcia Sabcia miała jedyne marzenie w życiu – załatwić sobie pobyt w domu starców. Wiele ostatnich lat życia poświęciła więc na zbieranie odpowiednich dokumentów, głównie zaświadczeń o zatrudnieniu w domach, gdzie opiekowała się dziećmi.

Żyła biednie ze skromnej renciny, jaką sobie wypracowała. Ale słuchy chodziły po rodzinie, że miała uzbierane przez lata złote ruble, i pewnie mogłaby za nie nawet kupić sobie jakieś własne mieszkanko na własność, lub przynajmniej żyć we względnym dostatku. Tymczasem żyła bardzo biednie, łatała łaty w ubraniu, a papierki po maśle podgrzewała żeby wszystko dobrze z nich spłynęło. Można powiedzieć, że żyła jak prawdziwy sknerus.

Co po niej pozostało? Na pewno rodzinne wspomnienie osoby cichej, ciepłej, użytecznej. Osoby, która może była trochę jak mebel w domu, ale bez mebli to co to za dom, nieprawdaż?

Trafiła więc wreszcie, na koniec, do wymarzonego domu opieki, złotymi rublami zaś „zaopiekował się” jakiś daleki kuzyn, który nagle się objawił nie wiadomo skąd, czyli - wycyganił je od niej, i przepuścił. Sama babcia Sabcia już długo nie pożyła w tym swoim wymarzonym domu starców.

A wspominam ją dlatego, że różne miewamy marzenia, które staramy się w życiu realizować. Czasami nasze życie to tylko realizacja marzeń. I brak w nim czasu na życie jako takie. Czasem więc może warto chwilę pomyśleć, jakie są nasze priorytety. Nie wszystko od nas zależy, oczywiście. Pewne życiowe okoliczności czasem są przeszkodą w realizacji życiowych celów, ale też mogą być powodem do zadowolenia, jeśli udało się pokonać trudności. I takie podejście ja osobiście preferuję.

Nieoceniony Antoni Kępiński powiedział: „Młodość jest przesycona przyszłością, wiek dojrzały teraźniejszością, a starość przeszłością”. Uważam że najlepiej abyśmy byli tak trochę jakby „trzy w jednym”. Czyli - mądrzy przeszłością, optymistyczni na przyszłość, i realistyczni na dziś.

Elżbieta Nowak