Maria Pia Chirinos Montalbetti

Nasi goście -

O znaczeniu domu w życiu i rozwoju człowieka oraz o transcendencji pracy w domu dla społeczeństwa rozmawiamy z Marią Píą Chirinos.

Maria Pía Chirinos jest profesorem zwyczajnym oraz Dyrektorem Departamentu Humanistycznego Uniwersytetu w Piurze, w Peru. Odbyła stages na uniwersytetach w Munster (Niemcy), Chicago Illinois oraz Indiana (USA), Wiedniu (Austria). Jej artykuły były publikowane we Włoszech, na Węgrzech, w Portugalii, Austrii, Hiszpanii, Meksyku oraz Polsce.

Jest Pani autorką książki "Un’antropologia del lavoro. Il domestico come categoria” (Antropologia pracy. Wymiar domowy życia człowieka jako kategoria) i nie jest to opracowanie na podstawie wykopalisk archeologicznych?

W ostatnim czasie zwykle widzi się antropologię jako dział archeologii. Jednak takie jej znaczenie pomija inne: antropologię jako filozoficzne pytanie o człowieka. Oba znaczenia antropologii są dość nowe. W mojej książce poświęciłam jeden rozdział tzw. „antropologii kulturowej”, jak nazywa się obecnie wykopaliska dotyczące ludzi pierwotnych, bo mają one ogromne znaczenie, aby poznać jak powstała praca. Tam, gdzie są ślady jakichś narzędzi, resztki wytworów rąk, tam już pojawił się człowiek. Jednak faktycznie tematem mojej książki jest przede wszystkim praca w perspektywie ludzkiej, jako jedna z cech definiujących człowieka. Filozofia prawie się tym nie zajmowała, ze zrozumiałego powodu, że są tematy „wyższe”, takie jak rozum, dusza, cnoty, wolność, autonomia, itd. Dlatego usiłuję pokazać, że także praca jest uniwersalną cechą człowieka, cechą, która należy do definicji jego natury i która nie jest sprzeczna z rozumem.

Właściwie po tym jak rozumiemy pracę w domu widać jakie mamy pojęcie samego domu a nawet rodziny. Mogłaby Pani powiedzieć co wydaje się Pani niezmienne na linii: praca w domu – dom – rodzina, a co podlega uzasadnionym zmianom postępu?

Niezmienne jest, że dom, rodzina mają pierwszoplanowe miejsce w procesie humanizacji człowieka. I tego miejsca należy bronić. Kiedyś w Londynie zarzucono mi, że jest to stwierdzenie zbyteczne… Anglicy są bardzo pragmatyczni, więc zrozumiałam ich zarzut, ale nie mogłam się z nim zgodzić, tym bardziej, że akurat w społeczeństwach bardzo rozwiniętych pod względem ekonomicznym istnieje największy deficyt człowieczeństwa: mają wysoki stopień samobójstw, poważne problemy z zachowaniem nastolatków, wyższy niż w innych krajach stopień chorób psychicznych, uzależnienia od narkotyków, itd. Prawdopodobnie dużą część winy za to ponosi fakt złożenia procesu humanizacji w ręce państwa, szkoły, społeczeństwa. Zapomniano, że to rodzina i dom są przestrzenią, w której człowiek może osiągnąć rozwój psychologiczny i dojrzałość, jakich nie zapewni mu nic innego. Są już całe pokolenia, które nie otrzymały pod tym względem odpowiedniej formacji ludzkiej: to ludzie, którzy nie jedli w domu z rodziną, nie cieszyli się z rodzeństwem prezentami, nie nauczyli się co to jest poświęcenie, hojność, posłuszeństwo… Jest coraz bardziej powszechne, że dziecko jest tyranem swoich rodziców… Otóż wielu pozytywnych cech charakteru, wielu cnót nie można nabyć na lekcjach lub kiedy ktoś je teoretycznie wyjaśni, a tym bardziej nie przyjdą przez internet. Miejscem właściwym, aby je nabyć jest dom z całą jego sferą materialną i codziennością.

W jednym wywiadzie nazwała Pani ten temat punctum dolens naszej kultury. Co się dzieje z kulturą, w której żyjemy, że pozwala sobie na chorobę w tak ważnym wymiarze życia?

Punctum dolens to skrajnie racjonalistyczny obraz mężczyzny i kobiety, nadzwyczajny, doskonały, bez wad i chorób, rodzaj nietzschejowskiego nadczłowieka, który odrzuca wszystko, co go poniża, to znaczy ciało, jego kruchość, zależność. To niewybaczalny błąd. Nie ma takich istot, chociaż panująca kultura wmawia nam, że są tacy w Hollywood. Właśnie w domu człowiek poznaje się takim, jakim jest naprawdę: że potrzebuje codziennej dbałości, że na życie składają się głównie rzeczy codzienne, z ich sukcesami i niepowodzeniami, z pozytywną zależnością od innych, z rzeczami, które materialnie trzeba wykonać, itd. Nasza kultura musi uznać wartość rzeczy codziennych, że rzeczy codzienne nas nie degradują. Przeciwnie, wychowanie wyniesione z domu, zdobyte dzień po dniu, pozwala ukształtować obywateli, którzy mają głęboką znajomość siebie i innych, którzy stają się ekspertami w sprawach człowieczeństwa, jak nazwał to Jan Paweł II.

Mówi się często „O, ja lubię pracę w domu! Przede wszystkim lubię gotować, mam takie jedno ciasto, które zawsze mi wychodzi”. Zadawala się Pani takim stwierdzeniem?

To raczej stereotyp, ale taka pozytywna postawa to jest dobry punkt wyjścia. Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy kobieta ma takie nastawienie i odkrywa, że to praca, która wymaga przygotowania, wiedzy, umiejętności, pewnych zdolności, która wiąże się z kulturą i tradycją, wówczas nabiera chęci, aby się jej uczyć i zaczyna się jej to bardzo podobać. Mamy pod tym względem dużo do zrobienia. Trzeba umieć przekazywać know-how, aby praca w domu przestała być dla kobiety ciężarem i zaczęła być codzienną przygodą dla dobra własnej rodziny. Bo przecież każdemu się podoba typowy posiłek, dobrze przygotowany, przy którym nikt nie zmarnował produktów ani czasu. Jednocześnie nie należy się dziwić, że coś z prac domowych wymaga od nas więcej wysiłku. Można zazwyczaj jakoś temu zaradzić. Wiem, że w Polsce nie ma takiej tradycji, ale warto otworzyć się na bardziej profesjonalną koncepcję pracy w domu, zaakceptować, że są osoby, które chcą tę pracę wykonywać i powinny za nią otrzymywać sprawiedliwe wynagrodzenie. Przede wszystkim trzeba wyeliminować wizję negatywną osób, które dobrowolnie wybierają taki zawód.

Mówi też Pani o dyktaturze pracy intelektualnej. Jednak czy nie jest tak, że praca intelektualna jest faktycznie bardziej ludzka, bo przecież zwierzęta nie mają intelektu?

To dobre pytanie, ale ukazuje fałszywą koncepcję człowieka i elitarną koncepcję pracy intelektualnej, z czym w żaden sposób nie mogę się zgodzić. Właściwy dla człowieka nie jest tylko jego intelekt, chociaż tak mówili Platon i Kartezjusz. Wolę tu Arystotelesa. Kultura zachodnia pogłębiła jedynie kartezjańską definicję res cogitans i zapomnieliśmy o naszym wymiarze cielesnym. Wszystko to, co się z nim łączy nie wydaje się ludzkie… Arystoteles nie popełnił tego błędu. Definiuje on człowieka jako istotę racjonalną i polityczną, ale owa istota obejmuje też wymiar cielesny. Obecnie powraca się do koncepcji arystotelesowskiej, ponieważ tacy autorzy jak MacIntyre, Taylor, Crawford, itd. mówią o wartości pracy w tym znaczeniu. To długi temat i nie wiem czy w tym wywiadzie mamy na to miejsce.

Istnieje pewien opór, aby przyjąć, że filozofia jest niezbędną częścią ludzkiej wiedzy, bez której to, co wiemy o rzeczywistości jest czystą techniką, łatwą do zmanipulowania i zrelatywizowania. Czy na koniec mogłaby Pani zachęcić Polaków do filozofii?

W Hiszpanii, gdzie studiowałam (bo jestem z Peru i tu teraz pracuję), wydziały humanistyczne nazywają się „Filozofia y letras” (filozofia i literatura), a kiedy ktoś studiuje tylko filozofię, mówi się, że studiuje „czystą filozofię”. Otóż mnie się podoba, kiedy filozofia nie jest „czysta”, to znaczy podoba mi się filozofia życia, mężczyzny i kobiety w świecie, która pomaga nam zrozumieć codzienną egzystencję. Oczywiście, aby zająć się tym tematem potrzebna jest metafizyka, logika, ontologia, itd., ale to nie znaczy, że są to jedyne nauki filozoficzne. Chcę powiedzieć, że jesteśmy czasem uprzedzeni do filozofii właśnie z powodu dyktatury intelektualizmu, jakby filozoficzne były tylko rzeczy abstrakcyjne. Filozofia to nie tylko to. To witalna wiedza i dlatego konieczna i bardzo przydatna, ponieważ pomaga nam odróżnić rzeczy istotne od względnych, rzeczy konieczne od marginesowych, itd. Wydaje mi się, że osoba na studiach wyższych powinna otrzymywać pewne przygotowanie filozoficzne, choć nie musi to być obowiązkowe na wszystkich poziomach i dla wszystkich. Nie jestem zwolenniczką żadnego rodzaju dyktatury.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Katarzyna Zdrzenicka