María García Amilburu

Nasi goście -

O filmach, serialach i kinowych hitach, o tym na co zwrócić uwagę oglądając je, rozmawiamy z dr Maríą García Amilburu - profesor Filozofii Wychowania na Universidad Nacional de Educación a Distancia (UNED) w Madrycie oraz dyrektorem kursów „Nauczyć się oglądać filmy” i „Antropologia i kino” na UNED, a także członkinią St. Edmund's College na University of Cambridge w Wielkiej Brytanii.

Wydaje się, że żyjemy w epoce bardzo sprzyjającej sztuce filmowej. Co roku kręci się wiele filmów. Zgodzi się Pani, że sztuka filmowa ma się bardzo dobrze?

Sztuka filmowa, która narodziła się z postępu technicznego, stała się częścią naszego życia codziennego. Filmy same w sobie nie są niczym innym jak rodzajem języka – językiem audiowizualnym – w którym można wyrazić idee, mody i style życia, który może być formą rozrywki. Jest sztuką artystyczną a ponadto jest jednym z przemysłów, które co roku poruszają najwięcej pieniędzy.

Filmy to zatem język, a język to narzędzie. Sam w sobie nie jest ani dobry ani zły. Ale można go używać dobrze lub źle. Można go użyć w służbie rzeczy dobrych, na przykład propagować bardziej ludzki styl życia, informować, bawić, szerzyć piękno albo można go użyć do dehumanizacji człowieka i społeczeństwa.

Jakie są według Pani najlepsze filmy ostatnich 3 lat i dlaczego?

Nie ośmieliłabym się powiedzieć jakie są najlepsze filmy – filmy to sztuka i ocena artystyczna nie jest taka jak w naukach ścisłych. Owszem mogę powiedzieć jakie filmy najbardziej mi się podobały:

- Jak zostać królem (The King’s Speech, Tom Hooper, 2010): Opowiada emocjonującą historię, w której zwraca uwagę jakość relacji międzyludzkich. Świetna gra
aktorów (Colin Firth otrzymał Oscara dla najlepszego aktora), bardzo zadbana scenografia i wspaniale dobrana muzyka (szczególnie 7 Symfonia Berthovena w najważniejszym momencie filmu).

- Zapiski z Toskanii (Copie conforme, Abbas Kiarostami, 2010): Zaskakująca historia, bo w połowie filmu następuje zwrot, który całkowicie zmienia odbiór widza. Mistrzowska gra Juliette Binoche (nagrodzona w Cannes), pięknie pokazane pejzaże Toskanii, mistrzowskie kadry z grą światła, otwartymi oknami, wodą... Oferuje refleksję nad relacjami między ludźmi a także nad dziełami sztuki i ich funkcją w życiu człowieka.

- Ludzie Boga (Des hommes et des dieux, Xavier Beauvois, 2010) Wzruszający film, prawie dokument oparty na realnych wydarzeniach: porwanie i zabójstwo siedmiu braci cystersów w Tibhirine w Algerii, w 1996 roku. Film pokazuje codzienne, pełne pokoju życie braci w pewnym opactwie w górach Atlas: codzienna liturgia godzin, nauka, uprawa ziemi, przyjmowanie w skromnej przychodni lekarskiej ludzi z okolicy, w większości muzułmanów. To historia zwycięstwa miłości nad strachem, słabościami ludzi i nieludzką nienawiścią.

Teraz zdałam sobie sprawę, że wszystkie trzy filmy, które wymieniłam są europejskie. Jednak bardzo lubię niektóre filmy zrealizowane w Hollywood. To przypadek, że te, które ostatnio najbardziej mi się podobały zostały zrobione w Europie.

Co myśli Pani o serialach telewizyjnych? W Polsce ma się wrażenie, że to główne źródło “mądrości życiowej”. Bez wątpienia mają ogromny wpływ na obyczaje, kulturę, wrażliwość, itd.

Seriale telewizyjne są z jednej strony odzwierciedleniem życia – pokazuje się widzom to, co chcą zobaczyć – a z drugiej strony kształtują sposób życia ludzi, którzy je oglądają. Widzowie seriali telewizyjnych zaczynają żyć tak, jak jest to tam pokazane. Forma komercyjna opiera się tu na “zahaczeniu” widza, przy jednoczesnym rozciąganiu historii. Przez pół godziny każdego odcinka prawie nic się nie dzieje, ale w ostatnich minutach pojawia się obietnica, że w dniu jutrzejszym zdarzy się coś definitywnego. I tak dzień po dniu.

W Hiszpanii większość seriali telewizyjnych emitowanych jest tuż po obiedzie i są adresowane do kobiet, które nie pracują poza domem. Dlatego mają często tematykę sentymentalną, a niekiedy niemoralną (cudzołóstwo, zdrady małżeńskie, nagłe ciąże, niepewne ojcostwo...). Jednak niezależnie od tematyki, prawdziwym niebezpieczeństwem seriali telewizyjnych jest to, że ludzie z ich powodu rezygnują z planów dużo bardziej wartościowych (spotkania rodzinne, wyjścia z przyjaciółmi, udział w wydarzeniach kulturalnych czy religijnych, itd.), żeby tylko “nie stracić odcinka”, w którym w gruncie rzeczy – jak już powiedziałam – nic się nie dzieje.

Kiedy czytam wywiady z aktorami zawsze zwraca moją uwagę stwierdzenie, że “mogą zagrać praktycznie wszystko”. Uważają to za szczyt kompetencji zawodowych. Według mnie dobry aktor to akurat taki, który nie zagra wszystkiego, nie dlatego, że nie umie, ale że są pewne granice piękna, prawdy i dobra. Jak nakreśliłaby Pani te granice?

Zwykle jest tak, że aktorzy, kiedy jeszcze nie są znani, zgadzają się na jakąkolwiek zaproponowaną im rolę, bo potrzebują pracować i zdobyć sławę. Jeśli oni tego nie zagrają, zrobi to ktoś inny... Więc łatwo ulegają szantażowi marketingu i pieniędzy, bo presja środowiska jest bardzo silna i mają ogromną konkurencję.

Aktorzy znani i dobrzy mogą już wybrać filmy, w których zagrają. Dokładnie analizują propozycje i przyjmują tylko te, w których czują się dobrze grając, bo rola odpowiada ich interpretacji i zasadom życiowym, etycznym, politycznym, itd.

Z pewnością trudno jest oprzeć się presji środowiska i nie sprzedać siebie dla sławy czy pieniędzy... ale jest to możliwe. Granice musi nakreślić sobie każdy sam, a jeśli ktoś nie ma żadnych granic, znaczy, że nie ma też żadnych wartości.

W życiu aktorów zwraca uwagę jeszcze jeden aspekt. Otóż przynajmniej tutaj w Polsce wielu, z tych najlepszych, spędza koniec swojego życia w Domu Aktora w Skolimowie. Mówiąc inaczej: nie mają rodziny. Co powiedziałaby Pani na ten temat aktorom – pewnie też innym artystom – którzy dopiero zaczynają swoją karierę?

To co powiedziała Pani o aktorach dzieje się też z innymi osobami, którzy stawiają pracę ponad inne aspekty życia, tak samo albo bardziej jeszcze ważne niż praca: rodzina, przyjaźnie, życie kulturalne, sfera duchowa, pomoc potrzebującym, itd. Warto przypomnieć, że zawód to jeden z aspektów życia człowieka, ale nie jedyny. Oprócz tego, że gdzieś pracujemy, jesteśmy dziećmi naszych rodziców, rodzicami naszych dzieci, przyjaciółmi, sąsiadami, znajomymi, patriotami, itd. Trzeba ustalić swoją hierarchię wartości i pomyśleć jakie miejsce zajmuje każdy z tych wymiarów w całości życia, kiedy jeszcze jest się młodym i ma się wpływ na kierunek swojego życia. W niektórych okresach trzeba będzie zrezygnować z czegoś na rzecz czegoś innego. Trzeba jednak zadać sobie pytanie: co jest dla mnie najważniejsze? Co jest konieczne? Co jest fundamentalne? Co nieprzemijające, a co przejściowe? Według mnie jedyne, czego zawsze potrzebujemy i co trwa, to miłość. Miłość, którą dajemy i którą otrzymujemy. Wszystko inne, czyli sława, wygląd, pozycja społeczna, młodość, dobrobyt..., nawet jeśli to dobre rzeczy i godne wysiłku, to rzeczy względne, przemijające, można się bez tego obyć.

Na koniec poprosimy o parę rad jak oglądać filmy? Jak je analizować?

Jak już powiedziałam na początku, filmy to język, a przy pomocy języka można opowiedzieć różne historie. Każdy film to historia opowiedziana w języku audiowizualnym.

Po pierwsze myślę, że trzeba “czytać” każdy film w kontekście jego “gatunku”. To znaczy nie można oczekiwać tego samego po komedii, dramacie, thrillerze i filmie science fiction.

Dalej, warto odróżnić opowiadaną historię od sposobu jej opowiedzenia. Jeśli historia jest słaba, bez treści, wulgarna, zbyt przewidywalna lub nieciekawa, to trudno, żeby wyszedł z tego dobry film. To dlatego niektóre z najlepszych filmów w historii kina to te, które powstały na podstawie dobrych dzieł literackich: ciekawa historia będzie taką nadal, kiedy się ją opowie w języku audiowizualnym.

Jeśli chodzi o sposób opowiedzenia historii, należy zwrócić uwagę na rytm narracji, grę aktorów, scenografię, ścieżkę dźwiękową...

Jest też ważne, by pomiędzy “ciężarem” historii a sposobem jej opowiedzenia była zachowana równowaga. Bez tego film może być nieudany, jak stało się to z filmem Titanic. To historia bezsubstancjalnej miłości opowiedziana z nadmiarem środków technicznych, co sprawia, że historia jeszcze bardziej traci swoją substancjalność. Jako pozytywny przykład mogę podać film Wiek niewinności (The Age of Inocence), nakręcony przez Scorsesse w oparciu o książkę Edith Wharton pod tym samym tytułem.