Komu Niebo

Czasami, gdy nachodzi mnie chwila refleksji, zastanawiam się dla kogo jest niebo? Dochodzę wtedy do wniosku, że jest ono dla biednych, cierpiących, nieszczęśliwych. Bo jakiż sens miałoby ono dla tych, którzy już teraz mają niebo na ziemi?

Media przekazują nam obraz ludzi bardzo bogatych, którzy na wszystko mogą sobie pozwolić. Nie mają żadnych trosk materialnych - nigdy nie jest im zimno, mają co jeść, w co się ubrać, gdzie mieszkać. Żyją w luksusie. Każdy ich kaprys jest zaspokajany. Gdy przestają kochać, albo ktoś przestaje kochać ich, po prostu zmieniają obiekt miłości, I znów są szczęśliwi, piękni, bogaci. Nigdy się nie starzeją, bo wszelkie objawy starości likwiduje chirurg plastyczny. Czasami nie wiedzą, czy są kobietą, czy mężczyzną, ale i to daje się załatwić.

Jeśli więc mogą mieć wszystko, o czym zamarzą, po cóż im jeszcze niebo? Kto ich będzie mocniej kochał niż kolejny współmałżonek? Gdzie im będzie lepiej, jak nie w luksusowej rezydencji? Śmierć jest dla nich tylko przedsionkiem piekła, bo muszą to wszystko zostawić, porzucić na zawsze i odejść w nieznane.

Oglądałam amatorski film z wakacji moich kuzynów na Wyspach Kanaryjskich. Hotel wyposażony luksusowo, basen, bary, ogród i rozrywki – jedzenie, opalanie się, tańce, muzyka. Wycieczka autokarowa dookoła wyspy, a z okien autobusu też wciąż same hotele, bary, baseny, ogrody. I tak przez cale dwa tygodnie – jedzenie, opalanie się, taniec, muzyka, tylko czasem w zmienionej kolejności. Podziwiając wspaniałe świątynie ciał wspominałam inne, zupełnie inne wakacje.

Leżę na wodzie, nade mną błękit nieba, przede mną cała wieczność. Obłoki, morze, słońce. I paląca potrzeba zapamiętania tego momentu na całe życie. Prywatna kwatera w Jantarze nad morzem. Przeciekał dach oszklonej werandy, gdzie nocowałam i bywało, że na noc przykrywałam się dodatkowo płaszczem przeciwdeszczowym. Toaleta była w podwórku, jedno jedyne jej pomieszczenie miało dwa „oczka” do siedzenia, większe i mniejsze , to drugie pewnie dla dzieci. Chodziłam do niej dla towarzystwa z ciotką, jak do klubu dyskusyjnego. Myłyśmy się w miednicy. Nie pamiętam, by było choćby radio, za to wieczorem pod okna przychodzili miejscowi kawalerowie z harmonią, wypatrując gości „z miasta”, i ja także byłam obiektem ich westchnień miłosnych. Niewinne, przedwieczorne spacery po szosie – rzadko przejeżdżał jakiś samochód. W remizie na zabawie grała prawdziwa, trzyosobowa orkiestra. Raz na dwa tygodnie przyjeżdżało kino, i wtedy każdy szedł na seans z własnym krzesłem, do tej samej remizy strażackiej. Czysty prymityw. Gdzież więc porównywać tamte wakacje z Wyspami Kanaryjskimi? A jednak czegoś żal.

Oczywiście – wiadomo czego. Żal tamtych siedemnastu lat. Świat dopiero się zaczynał. Z maturą w ręku, po egzaminach na uczelnię – rozpoczynało się fascynujące, niemal dorosłe życie, ale jeszcze bez dorosłych obowiązków. Jeszcze mogło przynieść wszystko. Wszystko dać. Dopiero z czasem nadeszło zrozumienie, że tamten świat niewiele miał do zaoferowania, że był pełen ograniczeń. Kolejne młodzieńcze wakacje niosły jednak za sobą nową nadzieję na zmianę. A i nasz świat także powoli zaczynał się otwierać.

Pierwszy wyjazd za granicę, najpierw południową. Następny, już na zachód. Ciekawość! Zachłanność! Poszukiwania! Osoba która wracała z zagranicy, gromadziła rodzinę i przyjaciół. Opowieści słuchało się z wypiekami na twarzy i – zazdrością. Wszystko interesowało, nie można się było nadziwić wiadomościom z wielkiego świata. A prezenty! Nawet reklamówki z samolotu miały wielką wartość. Pierwsze długopisy. Kosmetyki. Foldery. Wszystko to, to były prawdziwe skarby. Świadczyły przecież o tym, że ten świat za granicą istnieje naprawdę.

A teraz wakacje na Wyspach Kanaryjskich. I co dalej? Gdzie pojechać za rok, żeby było jeszcze wspanialej? Jeszcze więcej jedzenia, opalania się, tańców, muzyki?...

Elżbieta Nowak