"Con occhi nuovi"

Film i literatura -

Wiedziałam skąd pochodzę, ale nie wiedziałam dokąd idę, dokąd prowadzi moja prywatna i publiczna historia. Przez długie lata szukałam odpowiedzi, rzucając się w wir, energicznie znajdując owoce, które – muszę to przyznać – życie hojnie mi oferowało. A jednak coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że czegoś ważnego mi brakowało. Są takie sytuacje w życiu, w których nie ma przywilejów, w których pozycja społeczna pomaga mało albo nic, a nawet może być przeszkodą. Kiedy szuka się sensu życia i śmierci, wszyscy okazujemy się równi, wszyscy doświadczamy tej samej bezsilności, pragnień i potrzeby miłości. Wszyscy chcemy, aby nasz wysiłek zbudowania czegoś wielkiego i dobrego w tym życiu, nie okazał się bezskuteczny, aby trwał, choćby w sposób tajemniczy. Bez takiej nadziei wszyscy czujemy się nieszczęśliwi i niezadowoleni, niezależnie od tego czy mamy tytuł arystokratyczny czy nie, czy jesteśmy sławni czy nie.

Należeć do klasy uprzywilejowanej, posiadać środki, być z rodu arystokratycznego, być obytym w świecie i odnosić sukcesy zawodowe, może wydawać się w życiu decydujące i bardzo ważne, a nawet wzbudzać zazdrość jeśli nie nienawiść innych osób. A jednak muszę przyznać z własnego doświadczenia, że kiedy nie masz owego Światła, które pokazuje ci drogę i pociąga do siebie, wszystko to staje się niebezpieczną klatką, która więzi, budując przekonanie, że masz wszystko, co potrzeba, aby się naprawdę zrealizować. I wtedy zaczynasz myśleć, że dzięki środkom, które masz w swoim zasięgu jesteś samowystarczalny, że możesz nie potrzebować Boga. Ale tak nie jest. Absolutnie tak nie jest.

Mogę o tym zapewnić, bo ja sama tego doświadczyłam. Otoczona ludźmi, którzy zabiegali o moje towarzystwo, w Rzymie i w innych miejscach, podróżowałam, pracowałam, kochałam, zbierałam sukcesy, ale też bolesne uderzenia. I jednocześnie odczuwałam coraz silniej subtelny niepokój, chociaż sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać. Pewnego rodzaju lęk, który powodował u mnie stan nerwowości i bycia w ciągłym ruchu, jakbym bała się zatrzymać i popatrzeć do swojego wnętrza.

(…) Doszłam do momentu bolesnej, lecz głębokiej i wyzwalającej spowiedzi. Była to autentyczna rewizja mojego życia. (…) Czułam, że muszę postawić kropkę w stylu życia, jaki wiodłam do tej pory i zacząć żyć inaczej. (…)

Czułam w tym momencie niepohamowane pragnienie, aby poznać moją prawdziwą tożsamość i w pełni nią żyć. Przytłoczona wzrastającym każdego dnia niepokojem, odkryłam z niespodziewaną i nimożliwą do opisania radością, że Bóg czekał na mnie, aby mi pomóc. Odczułam ogromną ulgę, jakbym narodziła się na nowo.

Ksiądz udzielił mi rozgrzeszenia, a zarazem zasugerował rzecz trudną, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało: Często ulega pani pokusie. Aby przezwyciężyć swoją słabość powinna pani chodzić codziennie na Mszę i prosić Boga o pomoc. Wydało mi się to niemożliwe i skomplikowane. Odebrałam to jako przesadę. Jednak kiedy obudziłam się następnego dnia, zdecydowałam, że zaufam słowom człowieka, który wie więcej niż ja, który zna złożoność serca człowieka, a jednocześnie drogi działania łaski. Stwierdziłam, że nic nie stracę jak spróbuję. I tak zaczęłam chodzić na Mszę prawie codziennie. Od tego momentu minęło już kilka lat i jak dotąd mi się udaje.

Alessandra Borghese

“Con occhi nuovi”