Ani antykoncepcja, ani „in vitro” nie jest leczeniem. Rozmowa z doktorem Przemysławem Binkiewiczem

Nasi goście -

Ciągle słyszymy, że „in vitro” to jest leczenie niepłodności. De facto „in vitro” wykonuje się w klinikach leczenia niepłodności. Jak to dla Pana brzmi?

Po pierwsze jasno trzeba powiedzieć, że „in vitro” nie jest leczeniem. Lekarze wykonujący procedury rozrodu wspomaganego często posługują się niepełną diagnostyką. Po to, aby para zdecydowała się na „in vitro” nie ma wielkich wymagań co do ich stanu zdrowia. Do mnie trafiają kobiety po „leczeniu” w tzw. klinikach leczenia niepłodności, które mają niewyleczone różne stany zapalne w szyjce macicy, nierozpoznaną lub nieleczoną endometriozę. Próbuje się omijać realne leczenie poprzez samą procedurę zapłodnienia pozaustrojowego.

To raczej pewna technika, nie jakaś „metoda naukowa”...

To metoda, która naukowo rozwinęła się bardzo dobrze w zootechnice. Weszła do głównego nurtu medycyny, przez co w wielu ośrodkach zaprzestano wykonywania niektórych procedur leczniczych o realnie wysokiej skuteczności. Na przykład leczenie zespołu policystycznych jajników metodą klinowej resekcji przywraca prawidłowe, owulacyjne cykle w 60 – 70% przypadków, czego dowodzą liczne prace naukowe z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Skuteczność zapłodnienia pozaustrojowego w takich przypadkach jest ponad dwukrotnie niższa, a pacjentki decydując się na kosztowny zabieg metodą „in vitro” nie są co do tego uświadamiane.

To właściwie o co chodzi w tym wszystkim? O pieniądze?

Na pewno jest to związane z pieniędzmi, ale też procedura „in vitro” jest procedurą stosunkowo łatwą do wykonania, teoretycznie nadającą się do wykonania w każdym przypadku, bez żmudniej diagnostyki i leczenia. Jest też obarczona niską skutecznością, więc odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie nie jest duża. Ale tak naprawdę należy sięgnąć głębiej. Musimy się zastanowić nad samą filozofią. „In vitro”, która jest efektem konsumpcyjnego trybu życia, do którego cały świat nas teraz popycha. Nie drobiazgowe robienie badań, szukanie przyczyny, usuwanie tej przyczyny i osiąganie poczęcia, a potem narodzenia dziecka. Musimy pamiętać, że nie wszyscy są powołani do rodzicielstwa. Dziecko jest dziełem naszego Stwórcy. Rodzi się przy współpracy rodziców, ale owa współpraca jest zarezerwowana dla osób, które weszły w sakramentalny związek małżeński. Tak mówi nasza wiara.

Tak mówi prawo naturalne: chodzi o związek jednej kobiety z jednym mężczyzną i z tego związku rodzą się dzieci. Teoretycznie wszystko jest proste.

Tak. Natomiast filozofia „in vitro” jest inna: idzie się do kliniki, pobiera te komórki jajowe, plemniki od męża czy od partnera czy w ogóle od nieznanego dawcy i daje się nam dziecko. Dziecko jest tu pewnego rodzaju produktem. Szybko, łatwo, no, żeby to jakoś było. Czekaliśmy 15 lat, biorąc tabletki antykoncepcyjne, to teraz nie mamy już czasu, aby się tym zajmować. Czyli to część konsumpcyjnego trybu życia i świat się do takiego stylu dostosowuje. „In vitro” jest jednym z takich rozwiązań.

- Pojawił się też ostatnio temat sprzedaży komórek rozrodczych. Już sama nazwa brzmi barbarzyńsko. Jednak rzekomo głównym problemem jest tu brak uregulowań prawnych.

Sprzedaż komórek rozrodczych to już tylko krok do sprzedaży narządów albo w ogóle do sprzedaży dzieci. Idziemy w tym kierunku. Przecież są matki, które nie chcą swoich dzieci, a tak mogłyby legalnie czerpać z tego korzyści. Jest to pogwałcenie wszystkich naturalnych praw, które od zawsze rządziły światem i dzięki którym ten świat mógł przetrwać.

- Nie ma w tym już ani miłości małżeństwa, ani miłości rodziców wobec dziecka. Zaczyna się od banalizowania miłości i poprzez technicyzację dochodzi do jej całkowitego zniszczenia.

Zło rodzi kolejne zło. Mamy już jakąś metodę, to trzeba ją jeszcze bardziej ułatwić. Nie mam własnej komórki jajowej, to sobie ją „kupię”. Problemem tych wszystkich osób jest odrzucenie Boga we własnym życiu. Niektórzy to robią świadomie, bo już tak żyli wcześniej. Inni nieświadomie, bo nie zastanawiają się nad tym, bo nikt im nie potrafi tego wytłumaczyć, bo słuchają tego, co pojawia się w głównym nurcie, co słyszą w telewizji śniadaniowo-poobiedniej i poddają się temu. W ogóle nawet nie zakładają, że nie wszystko, co tam słyszą, to prawda, bo prawda nie jest tak łatwo dostępna.

Czy mógłby Pan coś powiedzieć o stylu życia, który sprzyja lub utrudnia zajście w ciążę.

Ja myślę, że to jest temat może nawet mało ciekawy, bo o zdrowym stylu życia dużo mówi się nawet w mainstreamowych mediach…

... to wspaniale, że zdarza im się powiedzieć coś pozytywnego...

Trzeba się dobrze odżywiać, trzeba być w dobrej kondycji fizycznej, w okresie starań o ciążę trzeba zaprzestać palenia papierosów czy używania jakichkolwiek używek, alkoholu czy narkotyków. Ja bardzo często zajmuję się trudnymi przypadkami, trafiają do mnie osoby, które, ucząc się obserwacji swojego cyklu u instruktorów modelu Creightona lub innych metod naturalnych, są świadome, co chcą osiągnąć, więc one już wcześniej eliminują szkodliwe nawyki ze swojego życia. Natomiast dla mnie bardzo ważna jest higiena życia kobiety, która już jest w ciąży, bo wciąż pokutują stereotypy jedzenia za dwóch, picia dużych ilości słodzonych napojów, jedzenia nadmiernej ilości słodkich owoców, co niby jest bardzo zdrowe.

Trzeba też dbać o godziny snu.

Na pewno, choć kobiety ciężarne są zwykle tak senne, że sama ich fizjologia to na nich wymusza, zwłaszcza w pewnych okresach ciąży, w pierwszym czy w trzecim trymestrze. W drugim są bardziej aktywne. Natomiast bardzo ważne jest, aby w czasie ciąży nie przybierać nadmiernie na wadze. Kiedy kobieta jest otyła w momencie, kiedy zaszła w ciążę, to ważne jest, aby w ogóle nie przybrała w ciąży na wadze i da się tak ciążę poprowadzić. Szalenie ważna jest właściwa gospodarka węglowodanowa. Nie mam tu złych doświadczeń. Moje pacjentki są zdyscyplinowane, rzadko chorują na nadciśnienie w czasie ciąży czy na cukrzycę ciążową, bo ja nie dopuszczam do takich sytuacji. To nie ciąża powoduje choroby, lecz przychodzą one w pewnym sensie na własne życzenie, związane właśnie ze złym stylem życia.

Czy mógłby Pan powiedzieć coś o skutkach stosowania antykoncepcji hormonalnej? Potoczne myślenie jest mniej więcejtakie: przez jakiś czas nie chcemy dzieci, więc stosujemy antykoncepcję, potem chcemy mieć dziecko, więc odstawiamy antykoncepcję i w pierwszym miesiącu będzie od razu ciąża. To oczywiście nieprawda.

To bardzo dobre pytanie. Mogę na nie odpowiedzieć z własnych obserwacji ponad dwudziestu lat praktyki lekarskiej. Na początku mojej praktyki zawodowej nie widziałem szkodliwych skutków antykoncepcji i wynikało to z braku doświadczenia. Skupię się tylko na płodności, pomijając wszystkie inne negatywne skutki antykoncepcji, które są na każdej ulotce i o których mówi się coraz więcej. Na oddziałach kardiologicznych pojawia się coraz więcej kobiet z zakrzepicą. Firmy farmaceutyczne produkujące tabletki antykoncepcyjne płacą w USA miliony dolarów odszkodowań. Wpływ na płodność, jeśli antykoncepcja jest krótkotrwała, jest niewielki. Wtedy faktycznie często się zdarza, że pacjentka odstawia hormonalną antykoncepcję i zachodzi w ciążę od razu. Tak jest przy stosowaniu tabletek czy plastrów przez rok czy dwa. Jeśli jest to okres kilku lat, wówczas dochodzi do zaburzenia pracy gruczołów szyjkowych produkujących śluz, który jest czynnikiem warunkującym zapłodnienie. Ponieważ ich praca przez długi czas była wyłączona, one przestają ten śluz produkować i okres ich regeneracji jest już wtedy długi i wydłuża się okres starania o ciążę. Właściwie one nigdy już nie wracają do stanu optymalnego, czyli jaki był w wieku 22, 24, 25 lat, na który przypada apogeum płodności. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli w okresie zachłyśnięcia się tabletkami antykoncepcyjnymi, te szkody były ogromne. Czasem trafiają do mnie pacjentki po ośmiu, dziesięciu latach brania tabletek antykoncepcyjnych i wtedy faktycznie przywrócenie pracy gruczołów szyjkowych jest bardzo trudne. Są wtedy duże problemy z zajściem w ciążę. To są potencjalne kandydatki do procedury „in vitro”, więc nie wiadomo czy cały przemysł antykoncepcyjny nie działa właśnie ze świadomością, że przygotowuje klientki do innych procedur, bo problemy z płodnością są wpisane w wieloletnie stosowanie antykoncepcji.

Wszystko to dość przerażające, że zło tak mocno przeniknęło do sfery przekazywania życia. Może warto tu przypomnieć, że przy poczęciu rodzice dają dziecku ciało, a Bóg duszę. Stwórca interweniuje bezpośrednio przy stworzeniu każdego człowieka.

Proszę zauważyć jedną wielką spójność: ani antykoncepcja, ani in vitro nie jest leczeniem.

A zajmują się tym lekarze, którzy są powołani do tego, aby ratować życie i leczyć ludzi. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na leczenie czegokolwiek? Najpierw młoda kobieta dostaje tabletki antykoncepcyjne praktycznie na każdą chorobę, jeśli pójdzie do niedoświadczonego ginekologa. To jest jedyny lek na bolesne miesiączki, na obfite miesiączki, na nieregularne miesiączki, na brak miesiączek. Jeden lek na wszystkie choroby, które mają kobiety, bez szukania przyczyny. Często chodzi o choroby tarczycy, ale nikt nie myśli, żeby zbadać im hormony tarczycy. Dostały tabletki i mają krwawienia co 28 dni. To nie są miesiączki, to skutek stosowania tabletek. Kobiecie, która się nie musi na tym znać, wydaje się, że jest wszystko dobrze. Nie biorą pod uwagę, że wciąż mają swoje choroby, na które się tylko nałożyły tabletki.

Tu jeszcze słowo o kwestii klauzuli sumienia. Żadne tabletki antykoncepcyjne nie służą leczeniu, w żadnym przypadku. Dlatego dla mnie jako lekarza nie ma tu problemu etycznego. Problemem etycznym dla lekarza jest zastosowanie leku, który ma skutki negatywne, ale ja w jego zastosowaniu widzę jakieś korzyści. Natomiast tabletki antykoncepcyjne nie są problemem etycznym, bo one niczego nie leczą. One psują płodność, więc są nieetyczne z założenia, od samego początku. Lekarz, który słucha, co mówi jego Kościół, w ogóle nie powinien brać tej metody pod uwagę. Lekarz nie może stosować preparatów, które niszczą zdrowie, które niszczą płodność, a płodność jest objawem zdrowia. Nie ma co się zastanawiać, czy lekarz może czy nie może tego zalecać. On w ogóle nie powinien brać tego pod uwagę. To trudny temat, dotykający głęboko lekarza jako człowieka.

Rozmawiała Katarzyna Zdrzenicka

Dr n.med.Przemysław Binkiewicz, lekarz z ponad 20 letnim stażem, specjalista ginekolog-położnik, konsultant medyczny NaProTechnology, od 8 lat ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego Szpitala w Pyskowicach na Śląsku, prywatnie mąż żony Doroty i ojciec 3 synów i 5 córek.

Lekarze katoliccy w hołdzie Janowi Pawłowi II składają deklarację, którą można podpisać. Wszystkie informacje są na stronie: http://www.deklaracja-wiary.pl